Program prezentacji
  1. Komentarz filologa
    prof. dr hab. Ewa Kraskowska

  2. "Sweeney Agonistes"
    przekł. Jarosław Marek Rymkiewicz

  3. "Jałowa Ziemia"
    przekł. Czesław Miłosz

  4. " Dry salvages"
    przekł. Michał Sprusiński

  5. Chóry z "Opoki"
    przekł. Michał Sprusiński

  6. East Coker
    przekł. Michał Sprusiński



Thomas S. Eliot
stos pokruszonych obrazów
fragmenty poezji



Recytacja cz. 2


Jałowa ziemia


Przecież widziałem Sybillę na własne
oczy w Kumach, gdzie ją trzymają
w wiszącym słoju, a kiedy młodzieńcy
zapytali: czego chcesz Sybillo?
odpowiedziała im: chcę umrzeć!

I. Grzebanie umarłych


Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła
Maleńkie życie strawą suchych kłączy.
Zaskoczyło nas lato, idąc nad Starnbergesee
Rzęsistym deszczem. Chwila pod kolumnadą
I wyszliśmy na blask słoneczny, do Hofgarten,
Piliśmy kawę i rozmawiali godzinę.
Bin gar keine Russin, stmm' aus Litauen, echt deutsch.
Kiedy byliśmy dziećmi, w domu arcyksięcia,
Mego kuzyna, brał mnie na saneczki,
A ja się bałam. Mówił tak: Marie,
Trzymaj się, Marie. Pędziliśmy w dół.
O, w górach człowiek czuje się swobodny.
Czytam nocami, w zimie jadę na południe.

Jakie korzenie tu tkwią, jakie gałęzie rosną
Z tych kamiennych rumowisk? O synu człowieka,
Rzec nie potrafisz ni zgadnąć, bo ty znasz jedynie
Stos pokruszonych obrazów, i słońce tam pali,
I martwe drzewo nie daje schronienia, ulgi świerszcz,
Ni suchy kamień dźwięku wody. Cień
Jest tylko tam, pod czerwoną skałą
(Wejdźże w ten cień pod czerwoną skałą).
Ja pokażę ci coś, co różni się tak samo
Od twego cienia, który rankiem podąża za tobą,
I od cienia, który wieczorem wstaje na twoje spotkanie.
Pokażę ci strach w garstce popiołu.

Frisch weht der Wind
Der Heimat zu,
Mein Irisch Kind,
Wo weilest du?

"Dałeś mi hiacynty rok temu pierwszy raz.
Nazywano mnie hiacyntową dziewczyną"
- Ale gdy wracaliśmy, późno, z Hiacyntowego Ogrodu
I miałeś pełne ręce, mokre włosy, ja nie mogłem już
Mówić i ćmiło mi się w oczach, i nie byłem
Żywy ni umarły. Nie wiedziałem nic,
Zapatrzony w serce światła, w ciszę.
Oed' und leer das Meer.

Madame Sosostris, słynna jasnowidząca,
Była dzisiaj przeziębiona, niemniej jednak
Jest znana jako najmądrzejsza z kobiet w Europie,
Z tą chytrą talią kart. Tutaj, powiada,
Jest pańska karta, utopiony Żeglarz Fenicki,
(Gdzie były oczy, perła lśni, Patrz!)
Tutaj jest Belladonna, Dama Skał,
Dama okoliczności.
Tutaj jest człowiek z trzema pałkami, a tu Koło,
A tutaj jednooki handlarz, a ta karta,
Która jest pusta, oznacza coś, co niesie na plecach,
Czego mi widzieć nie wolno. Nie znajduję
Wisielca. Zagraża tobie śmierć w wodzie.
I widzę tłumy ludzi, jak chodzą w kółko, w kółko.
Dziękuję. Gdyby pan widział kochaną Equitone,
Proszę powiedzieć, że horoskop ja sama przyniosę:
Musimy być w tych czasach bardzo ostrożni.

Nierzeczywiste Miasto,
Pod mgłą brunatną zimowego świtu
Tłum płynął po Moście Londyńskim, tak wielu,
Nie myślałem, że śmierć zniszczyła tak wielu.
Westchnienia, krótkie i nieczęste, rwały się im z ust,
Każdy oczy obracał w dół, do mokrych płyt,
Płynęli w dół i w górę po King William Street,
Aż tam, gdzie Święta Maria Woolnoth wybija godziny
Z dziewiątym uderzeniem, co ma głuchy dźwięk.
Tam zobaczyłem kogoś, kogo znałem,
I zatrzymałem go wołając: "Stetson!
We flocie razem byliśmy pod Mylae!
Ten trup, którego zasadziłeś zeszłego roku w ogrodzie,
Czy zaczął już kiełkować? W tym roku czy będzie kwitł?
Przymrozek nie zaszkodził? Dobrą ma kwaterę?
Och, trzymaj psa z daleka, to przyjaciel ludzi,
Bo grzebiąc, znowu na wierzch go wyrzuci!
Ty! Hypocrite lecteur!... mon semblable!... mon fr?re!..."

II. Gra w szachy


Krzesło, w którym siedziała, jak błyszczący tron
Żarzyło się na gładkim marmurze, gdzie lustro
Wsparte na słupach ciętych w winne grona,
Spomiędzy których złoty wyglądał Kupido
(Drugi zakrywał oczy swoim skrzydłem),
Podwajało płomienie świec w siedmioramiennych
Kandelabrach i światło na stole odbite,
Skąd igrał na spotkanie połysk jej klejnotów
Rozsypanych obficie w puzderkach z atłasu.
We flakonach ze szkła i kości słoniowej,
Nie zatkniętych, jej dziwnych syntetycznych perfum,
Maści, proszków i płynów czaiła się woń
I mąciła, durzyła, zatapiała czucie.
Pchnięte prądem powietrza od okna, zapachy
Wzbijały się, zgrubiając długie ostrza świec,
I snuły się ku górze aż pod laquearia
Faliście poruszając wzór kaset pułapu.
Drzewo sczerniałe w morzu, nabijane miedzią,
Zielono i rudawo płonęło w oprawie
Barwnych kamieni. A w tym smutnym świetle
Delfin, uczenie wyrzeźbiony, płynął.
Ponad starym kominkiem było przedstawione
Jak gdyby okno, a w nim leśna scena:
Przemiana Philomeli, uciśnionej srodze
Od króla barbarzyńcy. Dotychczas tam słowik
Napełniał puszczę nietykalnym głosem
I wołał wciąż i wciąż go ściga świat,
A brudne uszy słyszą tylko ti - u.
I inne uschłe pnie, konary czasu
Opowiedziane były na ścianach i twarze
Wychylały się, wzrokiem uciszając pokój.
Gdzieś na schodach człapały czyjeś ciężkie kroki.
Pod światłem ogni, pod szczotką, jej włosy
Ognistymi punktami sypiąc się na boki
Rozpalały się w słowa, znów były spokojne.

"Źle z moimi nerwami tej nocy. Tak źle. Zostań ze mną.
Mów do mnie. Czemu ty nigdy nie mówisz? No mów.
O czym ty myślisz? O czym myślisz? O czym?
Ja nigdy nie wiem, o czym myślisz?. Pomyśl."
Myślę, że jesteśmy na szczurzej ulicy,
Gdzie umarli pogubili swoje kości.

"Co to za hałas?"
Wiatr pode drzwiami.
"Co to za hałas? O, znów. Skąd taki wiatr?"
Nic. Nic. Jak zawsze nic.
"Czy nie wiesz nic? Czy nie widzisz nic?
Czy nic
Nie pamiętasz?"

Pamiętam.
Gdzie były oczy, perła lśni.
"Czy jesteś żywy, czy nie? Czy nie masz nic w głowie?"
Tylko:
OOO ten rag-time szekspirowski
Taki elegancki, taki na poziomie.
"Czym teraz mam się zająć? Co mam robić? Cóż,
Mogę wybiec, jak stoję, chodzić po ulicy
Z włosami w nieładzie, o tak. A jutro, co robić jutro?
I w ogóle cóż mamy robić, ja i ty?"
O dziesiątej ciepła woda,
O czwartej samochód zamknięty, jeżeli deszcz.
Możemy zagrać partię szachów i
Przyciskać oczy bez powiek, czekając na stuk do drzwi.

Kiedy mąż Lili zwolnił się z wojska, ja mówię -
Co mam się z nią krępować, ja mówię do niej tak:
PROSZĘ PAŃSTWA ZAMYKAMY
Teraz Albert powraca, ogarnij się trochę, jej mówię,
Będzie chciał wiedzieć, co zrobiłaś z tą forsą, którą ci dał,
Żebyś sobie sprawiła zęby. Sama widziałam, że dał.
"Wypadają ci wszystkie, Lili, spraw sobie fajne nowe",
Powiedział, jak Boga kocham, "nie mogę patrzeć na ciebie".
I ja nie mogę, jej mówię, pomyśl o biednym Albercie,
Był w wojsku cztery lata, na pewno chce się zabawić,
Jak z tobą nie będzie mógł, znajdzie już inną, jej mówię,
No to wiem, komu dziękować, mówi i patrzy mi w oczy.
PROSZĘ PAŃSTWA ZAMYKAMY
Podoba się tobie czy nie, to nic i tak nie pomoże,
Kiedy się męża ma, trzeba go umieć pilnować,
Jeżeli Albert da nura, niech nie będzie, że nie mówiłam.
Ty wstydu nie masz, jej mówię, wyglądać tak staro.
(A ma nie więcej niż trzydzieści jeden.)
Nic na to nie poradzę, ona mówi i robi minę,
To te pigułki, co brałam, żeby to spędzić, mnie mówi
(Miała to już pięć razy, raz omal że nie umarła),
Aptekarz mówił, że głupstwo, ale potem czułam się podle.
Ty jesteś lepsza wariatka, jej mówię,
Jeżeli dostaniesz za swoje, dobrze ci tak, jej mówię,
Po co ty wyszłaś za mąż, jeżeli nie chcesz mieć dzieci?
PROSZĘ PAŃSTWA ZAMYKAMY
Tej niedzieli Albert powrócił, szynkę ugotowała,
Mnie zaprosili na obiad, żeby dać też pokosztować...
PROSZĘ PAŃSTWA ZAMYKAMY
PROSZĘ PAŃSTWA ZAMYKAMY
Dobranoc, Bill. Dobranoc, Lou. Dobranoc, May. Dobranoc.
Do. Do. Dobranoc. Dobranoc.
Dobrej nocy, panie, dobrej nocy, lube panie, dobrej nocy, dobrej nocy.

III. Kazanie ogniste


Rozdarty jest namiot rzeki: ostatnie palce liści
Lgną i toną w wilgotnym brzegu. Wiatr
Przebiega ziemię brunatną bez głosu. Odjechał orszak nimf,
Słodka Tamizo płyń cicho, aż skończę mój śpiew.
Rzeka już nie unosi pustych butelek, papierów,
Jedwabnych chustek do nosa, niedopałków ani pudełek,
Ani innego świadectwa letnich nocy. Odjechał orszak nimf.
I ich przyjaciele próżniacy, synowie dyrektorów,
Odjechali nie zostawiając adresu.
Nad wodami Lemanu siadywałem płacząc...
Słodka Tamizo, płyń cicho, aż skończę mój śpiew,
Płyń cicho, bo niedługi, niegłośny mój śpiew.
Ale słyszę za sobą, tam, skąd wicher dmucha,
Grzechot kości i chichot od ucha do ucha.

Szczur pełznął miękko między źdźbłami trawy
Wlokąc po brzegu swój oślizły brzuch,
Kiedy łowiłem ryby w zatęchłym kanale
W zimowy wieczór, za wieżą gazowni,
Rozmyślając, jak tonął królewicz mój brat
I o tym, jak poprzednio zginął król mój ojciec.
Na niskim, mokrym gruncie białe, nagie ciała,
Kości leżą na niskim, dusznym, suchym strychu,
I tylko szczur, grzechocząc w nich, przerywa ciszę.
Ale tuż za plecami zdarza się, że słyszę
Dźwięk trąbek i motorów i słyszę, jak niosą
Sweeneya do pani Porter wczesną wiosną.
Na panią Porter i nad córką jej
Błyszczący księżyc wschodzi
A one myją nogi
W sodowej wodzie
Et O ces voix d'enfants, chantant dans la coupole!

Twit twit twit
ti - u ti - u ti - u ti - u
Uciśnionej srodze
Tereu

Nierzeczywiste Miasto
Pod mgłą brunatna zimowego zmierzchu
Pan Eugenides, handlowiec ze Smyrny,
Nie ogolony, z kieszeniami pełnymi rodzynek,
CIF na Londyn, oto dokumenty,
"Carriage and insurance free"
Zapraszał mnie w kulawej francuszczyźnie
(przewóz i ubezpieczenie gratis)
Na śniadanie do Cannon Street Hotelu
I na weekend w Metropolu.

O fioletowej godzinie, gdy oczy i plecy
Podnoszą się znad biurek a ludzka maszyna
Czeka jak taxi drżące niecierpliwie,
Ja, Tejrezjasz, dwa życia znający, choć ślepy,
Widzieć mogę, ja, starzec o piersiach kobiecych,
Jak do domów unosi wieczorna godzina
I marynarza z niespokojnych mórz,
I maszynistkę o herbacianej porze.
Ona sprząta śniadanie i rozpala już
Piecyk, konserwy z puszki wygrzebuje nożem.
Z okna zwieszone niebezpiecznie, schną
Jej kombinacje w cieple ostatnich promieni,
A na tapczanie zmieszały się pstro
Jej pantofle, pończochy, pasy i gorsety.
Ja, Tejrezjasz, starzec o wymionach zmiętych,
Pojąłem scenę i resztę odgadłem -

Czekałem, aż się zjawi gość niezbędny.
Oto i on, młodzieniec Krościasty, przybywa,
Drobny urzędnik. Zuchwale spoziera.
Pewność siebie tak gładko całego okrywa,
Jak cylinder jedwabny czoło milionera.
Jak przewiduje, pora jest dogodna,
Skończyła jeść i siedzi zmęczona, znudzona,
I choć pieszczotom bez chęci się podda,
Obojętne, nie bronią pieszczot jej ramiona.
Gwałtowny, nagły, atakuje śmiało,
Błądząca ręka nie spotka obrony,
Co ona czuje, obchodzi go mało
I cieszy się, że nie jest odtrącony.
(I ja, Tejrezjasz, znam to wszystko, znam,
Co się rozgrywa tu, na tym tapczanie,
Ja, którym siedział u tebańskich bram,
Któremu zmarli słali powitanie.)
Jeszcze ostatni pocałunek w czoło,
Stąpa ostrożnie, bo schody są ciemne...
Potem, za stajnią, obchodząc ją wkoło
Przystanął, mocz oddał i splunął przez zęby

Ona przegląda się w lustrze pod światło
Nie wiedząc dobrze, był czy go nie było.
I słyszy w sobie jedną myśl bezładną:
"Dobrze, że już, wreszcie się skończyło."
Piękna kobieta, gdy się zapomina
I potem sama bada myśli skryte,
Leniwą ręką włos ciężki upina
I na gramofon kładzie nową płytę.
When lovely woman stoops tofolly and
Paces about her room again alone
She smoothes her hair with automatic hand
And puts a record on the gramophone
"Muzyka biegła ku mnie sponad wód",
Biegła po Strandzie, po Victoria Street.
O Miasto, Miasto, czasem tutaj słyszę,
Stojąc przed barem na Lower Thames Street,
Jak miłym głosem bzyka mandolina
I gwar i brzęk tam wewnątrz się zaczyna
W południe, gdy zbierają się handlarze ryb: u ścian
Magnusa Męczennika, skąd złotem wystrzeli
Niezrozumiały przepych jońskiej bieli.

Rzeka spocona
Ropą i smołą
Ciężkie galary
Zabiera prąd
Czerwone żagle
Rozkołysane
Gnąc się w obrocie odchodzą stąd.
Za galarami
Fala spieniona
Kłody obmywa
Galary mkną
Ku Greenwich płyną
Za Wyspę Psią.
Weialala leia
Wallala leialala

Elżbieta i Leicester
Śmigają wiosła
Rufa jak muszla
Czerwono-złota
Gwałtowna wełna
Brzegi uniosła
Wiatr południowy
Niósł ponad prąd
Dzwonów dzwonienie
Białe wieżyce
Weialala leia
Wellala leialala

"Tramwaje i drzewa kurzem obsypane.
Highbury zrodziło mnie. Richmond i Kew
Zgubiły mnie. W Richmond podniosłam kolana
Leżąc na wznak na wąskim dnie łódki".

"Moje stopy są w Moorgate, a serce moje
Pod stopami. Gdy stało się, po cóż tu rozmowa?
Płakał i obiecywał lepsze życie, nowe.
I o cóż tu mieć żal? Nie powiedziałam słowa."

"W Margate na plaży
Nic niczym uwieńczę,
Z niczym połączę
Nic.
Połamane paznokcie, brudne ręce.
Nikt u mnie w domu
O niczym nie marzy,
Nie czeka, nie pragnie
Nic".

la la

Do Kartaginy przybyłem wtedy...
"Gdzie kocioł bezbożnych miłostek huczał mi wciąż
("Wyznania" ś. Augustyn)

koło uszu..."
Płonąc płonąc płonąc
O Panie Tyś wydarł mnie
O Panie Tyś wydarł

Płonąc.

IV. Śmierć w wodzie


Phlebas Fenicjanin dwa tygodnie temu
Zapomniał krzyki mew i morza kołysanie,
I zysk, i stratę.
Skubały mu kości
Prądy szepczące i schodził w otchłanie,
Życie swoje powtórzył, gdy wzniósł się i spadł.
Wir wchłonął pamięć lat jego młodości.
Ktokolwiek jesteś, Żyd czy też poganin,
Ty, który kręcąc kołem słuchasz, jak wiatr grzmi
Zważ: i Phlebas piękny był niegdyś, wysoki jak ty.

Gentile or Jew
O you who turn the wheel and look to windward
Consider Phlebas, who was once handsome
and tall, as you.






........................................................................................................
Verba Sacra - Thomas S. Eliot - poprzednia - następna